Wprost na drogę. Pierwsza jazda Hyundaiem Tucsonem N Line

Wprost na drogę. Pierwsza jazda Hyundaiem Tucsonem N Line

Dodano: 
Hyundai Tucson N Line
Hyundai Tucson N Line / Źródło: Hyundai
Sprawdziliśmy jak radzi sobie w trasie i na drogach popularny koreański SUV w nowej wypasionej wersji N Line. Jest troszkę bardziej sportowy niż standardowa wersja, nieco mocniejszy i na pewno dużo lepiej wyposażony. A może po prostu ciekawiej.

Tucson N Line to pierwszy SUV Hyundaia ze sportowym wykończeniem. Koreańska firma mocno zaatakowała ze sportowej flanki i miała ku temu podstawy. Po pierwsze, predestynowały ją do tego udział w rajdach Hyundai Motorsport, a po drugie i30 w wersji naprawdę narowistej, czyli jako 275-konny model i30 N. Auto zbiera zresztą doskonałe recenzje.

Ale Tucson N Line, w odróżnieniu od innych sportowo wyglądających aut konkurencji, to coś więcej niż tylko nowy wygląd. O ile w Volkswagenie czy nawet BMW linie designerskie typu sportowego to wyłącznie wygląd, to Hyundai poszedł o mały kroczek do przodu. Wizualne sportowe elementy nadwozia i wnętrza dopełnione zostały przez Koreańczyków zmodernizowanem zawieszenia i układu kierowniczego.

Jednak zacznijmy od wyglądu, bo nie ukrywajmy, że to on jest najważniejszy. Nowa wersja ma atletyczny wygląd. Dynamiczniejszy, żeby być precyzyjnym, bo sam bazowy Tucson ma sportową stylizację, jak większość współczesnych SUV-ów zresztą. N Line jednak wyróżnia się. Przeprojektowano mu zderzaki i grill. Ten ostatni ma ciemne siatkowe wypełnienie obramowane ciemnym chromem. Wiadomo, jak jest czarno, to jest moc, nie Koreańczycy to wymyślili, ale twórczo i sprawnie zaadaptowali.

Żeby zwiększyć wrażenie dodano modelowi w tej nowej wersji ciemne 19-calowe alufelgi, ale też obudowy lusterek bocznych i tylny spojler w błyszczącej czerni. Przednie reflektory mają czarne wypełnienie, inne niż standardowe światła do jazdy dziennej LED oraz przyciemnione ramki szyb (klamkami polakierowano w kolorze nadwozia). Jest groźnie, że aż strach.

W środku podobnie. Można rozsiąść się w sportowych fotelach skórzano-zamszowych z logo N, dodatkowo obszytych czerwonymi szwami. Podobne aplikacje czerwonymi nićmi znajdują się na kierownicy. Demonicznego obrazu – taki chciał uzyskać Hyundai – dopełniają aluminiowe nakładki na pedały i obszyta skórą dźwignia zmiany biegów N z czerwonym akcentem.

Jak się rzekło, Hyundai N Line to więcej niż nowy wygląd. W aucie ulepszono zawieszenie i – to było wyczuwalne podczas jazdy najbardziej – układ kierowniczy. Policzono nawet, że sprężyny zawieszenia oferują o 5 proc. większą sztywność w tylnym układzie i o 8 proc. więcej z przodu, podczas gdy zmiany w oprogramowaniu układu kierowniczego dały bardziej bezpośrednie, liniowe wyczucie prowadzenia. Tak to brzmi na papierze, w trasie każdy kolejny zakręt był zwyczajnie przyjemnością. Układ kierownicy działał bezpośrednio i precyzyjnie.

Może to dlatego, że nowy model został zaprojektowany, przetestowany i zbudowany w Europie? A może dlatego, że wersja N Line dostępna jest z dwoma rodzajami silnika do wyboru: benzynowym o mocy 177 KM lub dieslem o mocy 185 KM? Te jednostki (my testowaliśmy benzynę) sprawdzają się, się doskonale. Zresztą, jak całe auto w nowej wersji.

Czytaj także:
Nowy Hyundai i10. Wreszcie radykalna zmiana

Źródło: Hyundai

Czytaj także